Listy do m chomikuj 2011

czas trwania: 1 godz. 56 min.
gatunek: Komedia rom.
premiera: 10 listopada 2011 (Polska) 10 listopada 2011 (Świat)
produkcja: Polska
reżyseria: Mitja Okorn
scenariusz: Karolina Szablewska, Marcin Baczyński
Opis filmu:
„Listy do M.” to 15 bohaterów i 5 wyjątkowych historii rozgrywajacych się w zaśnieżonej, mroźnej Warszawie w trakcie jednego wyjatkowego dnia – wigilii Świąt Bożego Narodzenia. Jego magiczna moc połączy ze sobą losy bohaterów tej wyjątkowej komedii zmieniając ich życie już na zawsze. Czasem uciekamy od miłości choć pragniemy jej najbardziej na świecie. Uciekamy od świąt, choć w głębi duszy każdy z nas chciałby, jak dziecko, napisać w liście do mikołaja swoje najskrytsze marzenia. Dlatego to film dla wszystkich, którzy wierzą w miłość i dla tych, którzy już stracili nadzieję. Dla tych, którzy szukają wzruszeń, uśmiechu, pozytywnych emocji i zaskoczenia. Dla tych, którym znudził się grzeczny Święty Mikołaj. Dla tych, którzy lubią święta ale tylko od święta i dla tych, którzy mogliby żyć świątecznym nastrojem cały rok. Dla tych, którzy krzyczą „do diabła z miłością” i dla tych, którzy szepczą „chcę zakochać się już dzisiaj”.
Recenzja filmu:
Chciałem napisać ten list. Naprawdę! Proszę mi wierzyć. Na czystej, białej kartce papieru, która odeszła w niepamięć zastąpiona elektronicznymi dialogami postawić kilka dobrze skrojonych liter do wielkiego, czerwonego M. Magia jednak nie zadziałała, nie kuszą mnie handlowe galerie, fatalnie przerobione świąteczne songi, ani idealnie zaprojektowane, katalogowe mieszkanie z sandaczem zamiast karpia! Białą kartkę odłożę z nadzieją na przyszły rok, może wtedy zdarzy się cud.
Filmy o tematyce bożonarodzeniowej jak same święta są z reguły w jednym tonie. Mają być lekko naiwne, oblane idyllą, kolędami, rodzinne, magiczne pełne niemożliwych zwrotów w naszym życiu oraz całej masy białego puchu, który nie wiedzieć czemu nie ziębi tak bardzo obsadzonych w nim bohaterów. I dobrze! Niech tak będzie, raz do roku można trochę pomarzyć, po udawać coś co na co dzień jest niemożliwe. Od tego są święta! W końcu w Wigilię wszystko jest możliwe.
To „możliwe”, które może tylko nas zainspirować do jakichkolwiek działań postanowił pokazać na rodzimym podwórku Mitja Okorn. A ponieważ filmy utrzymane w duchu grudniowego szaleństwa zdarzają się bardzo rzadko w polskiej kinematografii chwała początkującemu reżyserowi za odważny ruch. Szkoda, iż w doborze historii nie podjął on bardziej ryzykownych kroków.
Niby wszystko tu skrojone jak trzeba. Świetni komediowi aktorzy (Maciej Sthur, Roma Gąsiorowska, Tomasz Karolak, Agnieszka Dygant), malownicza Warszawa, będąca małym, naszym polskim Paryżem czy cała masa zimowych standardów muzyki pop. A jednak ani humor nie bawi zbytnio, ani dramat nie wzrusza do łez. Więc na cóż nam wielkie nazwiska skoro problem w źle napisanych liście.
Scenariusz jest najgorszym elementem tej układanki, rozlatuje się na kawałki gubiąc po drodze niektóre wątki albo wieńcząc je happy endem nie pokazując wcale jego procesu. Przypadkowo spotkane przy jezdni dziecko zostaje na wieczornej wieczerzy w obcym domu bez żadnych konsekwencji, bez pytań. Samotny mężczyzna z wielkiego, szklanego wieżowca w dosłownie kilkusekundowej, końcowej scenie oświadcza rodzinie, że woli bardziej panów od figlarnych śnieżynek, obejmując (żenujący przełom w polskim kinie?!) na znak szczęśliwej miłości swojego partnera, którego rodzina wita pięknym bielutkim jak śnieg uśmiechem. A błazeński macho, który przez cały film pod czerwonym płaszczem tytułowego M. ślini się na myśl o ukrywanej kochance nawraca się i nagle ląduje u boku kochającej, pięknej żony i matki jego dziecka. Jakie to wszystko piękne! Sic!
W święta owszem zdążają się rzeczy niemożliwe. Przynajmniej tak chcemy wierzyć, taką mamy nadzieję. Tylko, że bohaterowie „Listów” są tak bezbarwni i skrojeni do jednej cechy charakteru (zimna kobieta bez uczuć, pajacowaty samiec, idealny ojciec, zagubiony biznesmen czy naiwna idiotka), że aż trudno jest zrozumieć te wszystkie cuda! Cuda na kiju to prędzej! Gdzie jest prawdziwa magia złocistych bombek zawieszonych na ogromnym sosnowym drzewku? O zapachu nie wspomnę. Na pewno nie w tym „pięknym” i czystym świecie zmechanizowanych robotów.
Żal mi tylko aktorów, którzy zamiast na tę specjalną okazję oczarować nas czymś zupełnie innym, niemożliwym do tej pory ponownie grają w tę samą grę. No bo ile razy widzieliśmy Tomasza Karolaka w roli głupca, Romę Gąsiorowską jako irytującą, niedojrzałą emocjonalnie kobietkę czy Agnieszkę Wagner jako królową śniegu. To takie proste! Takie oczywiste! Może chociaż pozamieniać rolę pomiędzy aktorami i już byłby cud!
Byłbym niesprawiedliwy gdybym kategorycznie przekreślił ten film. Na tle komercyjnych filmideł, które przynajmniej raz na miesiąc zalewają nas w kraju nad Wisłą „Listy do M.” wypadają całkiem znośnie. Nie są głupie, sprośne, a żarty mające bawić widza (choć mnie nie bawiły) nie skupiają się tylko na przekleństwach i gumowych penisach. Ogląda się to od początku do końca bez zażenowania, tylko że nie czuć tam żadnych świąt, już o jakimkolwiek zauroczeniu do bohaterów możemy zapomnieć. Gdzie się podziały takie kinowe standardy jak „Holiday Inn” czy „It’s wonderfull life”? Czy nie o takich świętach marzymy? Naiwnych, ale tak mądrych i szczerych!
Czasy pokazały, że zmieniają się w zastraszającym kierunku. Zamiast świątecznej gospody, wybieramy hipermarkety okradające nas do ostatniego grosza. Zamiast wymarzonych partnerów u boku, popisy cyrkowych dziwaków. Jesteśmy zakłamani. Nic nie wskazuje na to, że cofniemy czas. Przynajmniej na razie. No chyba, że za pomocą kinematografu. Och co to były dawniej za święta, co filmy! I dreaming of the White Christmas! I niech tak pozostanie na wieki. A napisany w tym roku list schowajmy lepiej do niewielkiej koperty.







